Na ulicy podeszła do mnie kobieta i powiedziała: – Spotykam się z pani mężem od pół roku.… En voir plus

Nie jestem z tych, co od razu sprawdzają telefony. Nie wiedziałam, czy potrafię. Zamiast tego wyjęłam z torebki paragon z bazarku – data, godzina – i zapisałam na odwrocie “Mickiewicza/Lipowa, 19:00?”. Głupstwa, drobne gesty udające kontrolę. W nocy nie spałam. Słuchałam, jak on oddycha – miarowo, spokojnie – a mnie tętno ścigało się z cieniem.

W czwartek napisała Magda: “Chcę tylko, żebyś wiedziała. Nie każ mi już czekać za niego”. Skąd miała mój numer? Pewnie Piotra telefon wyświetlał, gdy dzwoniłam w nieodpowiedniej chwili. Odpisałam: “Spotkajmy się. Beż paniki. W piątek, 18:00, ta kawiarnia”. Przez godzinę trzymałam kciuk nad przyciskiem “wyślij”. W końcu wysłałam.

Piątek był czarny jak espresso. O siedemnastej czterdzieści usiadłam przy oknie kawiarni. Pachniało cynamonem i mlekiem. Ludzie przyszli po ciastko, po rozmowę, po selfie w złotej godzinie. Ja przyszłam po prawdę, której bałam się bardziej niż dentysty. Magda przyszła punktualnie. Bez przerysowania, bez triumfu. Zamówiła herbatę i usiadła naprzeciwko.

– Mogę mówić bez ogródek? – zapytała.

Skinęłam. Opowiadała prosto, bez fajerwerków: że spotkali się na szkoleniu; że najpierw była praca, potem kawa, potem piątki; że Piotr mówił, iż “w domu panuje cisza, której nie umie już podnieść”; że bywał czuły i odważny, a zaraz potem tchórzliwy jak chłopak po dzwonku na matmę. Opowiadała o jego żartach (trafiła), o bliznie przy obojczyku (trafiona), o tym, że w stresie dotyka lewej brwi (trafiona w punkt). Słuchałam i miałam wrażenie, że ktoś pisze mi biografię człowieka, którego znam na pamięć – ale inną czcionką.

– Co chcesz osiągnąć? – zapytałam w końcu. – Żeby wybrał?

– Żeby przestać kłamać. – W jej oczach nie było nienawiści. Morelowy smutek. – W którą stronę – to już wasze. Ja nie chcę być “drugą”. Ale nie chcę też, żeby ktoś myślał, że wymyśliłam sobie czyjeś życie.

Wtedy on wszedł. Zobaczyłam go w odbiciu szyby: płaszcz, torba, tamten zegarek. Rozejrzał się i zamarł, gdy zobaczył nas obie. Przez sekundę sądziłam, że zawróci. Nie zawrócił. Podszedł do stolika jak ktoś, kto idzie na egzamin, do którego nie miał notatek.

– Kasia… – zaczął. – Nie tutaj.

– Tutaj – powiedziałam. – Skoro tu jest piątek.

Usiadł. Przez chwilę wszyscy troje milczeliśmy, jakby ktoś nałożył na nas dzwon z grubego szkła. Potem mój mąż wyjął portfel, odchrząknął – jego odruch, gdy brakuje mu słów – i powiedział:

– To nie jest tak, jak myślisz.

– A jak jest? – zapytałam.

– Spotykaliśmy się – wszedł mu w słowo własny wstyd. – Ale… – Znowu urwał. – Ale to nie miało być kosztem ciebie. Miałem ci powiedzieć. Nie potrafiłem.

– I co dalej? – powiedziałam już spokojnie. – Plan jest jakiś? Czy dalej piątki, “zamknięcia” i herbaty bez cukru?

Widziałam, jak przenosi wzrok z jednej na drugą. Jak człowiek, który stoi na dwóch krawężnikach naraz i wie, że zaraz jedna noga straci grunt.

– Nie chcę kłamać – wydusił. – Ani jednej, ani drugiej. – Wyjął telefon, spojrzał na mnie i dodał: – Mogę zadzwonić do prawnika. Albo mogę zadzwonić do terapeuty. Tylko nie każ mi udawać, że to się nie wydarzyło. Bo się wydarzyło.

Kelnerka postawiła między nami trzy szklanki wody, jak w kiepskim żarcie. Kątem oka widziałam uśmiechy ludzi przy sąsiednich stolikach, błysk flesza. A ja czułam, że naprawdę dzieje się coś rzadkiego: przypadek, w którym nikt nie wygrywa.

– Nie będę twoim alibi – powiedziała Magda, wstając. – To jest wasza historia. Ja swoją już opowiedziałam. – Zostawiła rachunek za herbatę i wyszła.

Zostaliśmy sami. Patrzyliśmy na siebie przez ten sam stół, przy którym siedział z nią. Nagle zrozumiałam, że wszystko, co powiem teraz, będzie miało smak tej kawiarni – cynamonowo-gorzki.

– W domu czeka zupa – powiedziałam, żeby wypełnić ciszę. – Jak chcesz, przyjdź. Porozmawiamy. Ale nie o “czy”, tylko “jak”. – Wzięłam płaszcz. – Dziś nie zdecyduję ani za ciebie, ani przeciw tobie.

Wyszłam. Na zewnątrz pachniało deszczem. Tramwaj zadzwonił, jakby ktoś dał znak do zmiany sceny. Szłam powoli, licząc kroki jak argumenty: za, przeciw, za, przeciw. W kieszeni brzęczał telefon – wiadomość od córki, “mamo, będziesz jutro?”, od koleżanki, “żyjesz?”, i od nieznanego numeru: “Przepraszam, nie chciałam pani zranić” – Magda.

Usiadłam na przystanku. Pomyślałam, że być może najtrudniejsze w zdradzie nie jest to, co ktoś robi, tylko to, co my z tym zrobimy. Czy zbudujemy z tego mur, czy most, czy spalimy wszystko do podstaw.

Wieczorem postawiłam na stole trzy talerze. Dwa puste i trzeci – dla mnie. Zupa parowała. Klucz w zamku przekręcił się niepewnie. Piotr wszedł. Usiadł naprzeciwko. Nic nie mówił. Ja też nie. Po chwili przesunęłam w jego stronę kartkę i długopis.

– Napisz jedno zdanie prawdy – poprosiłam. – Takie, od którego możemy zacząć albo skończyć. Tylko bez “to skomplikowane”.

Wziął długopis. Długo patrzył na pustą kartkę, jakby każde słowo ważyło tonę. Potem powoli, starannie, napisał kilka słów. Przesunął kartkę w moją stronę.

“Nie chcę drugiego życia. Chcę naprawić to, które mamy.”

Patrzyłam na te litery długo, jakby od nich zależał cały mój los. Serce biło szybciej, w gardle czułam suchość. To nie były wielkie obietnice, nie były to też łatwe zapewnienia. Ale było w nich coś prawdziwego.

Podniosłam wzrok. On siedział zgarbiony, ręce złożone jak do modlitwy. Pierwszy raz od miesięcy zobaczyłam w jego oczach strach – nie przed tym, że zostanie zdemaskowany, tylko przed tym, że mnie utraci.

– To dopiero początek – powiedziałam cicho. – I nie wiem, czy umiem od razu wybaczyć. Ale… może jeszcze nie jest za późno.

Milczeliśmy chwilę, słuchając, jak w kuchni cicho bulgocze garnek z zupą. Nagle zwyczajny dźwięk wydał mi się obietnicą, że można spróbować znów być razem – od nowa, inaczej, ostrożniej.

Share This Article
Leave a comment