Mąż zostawił w aucie włączoną nawigację. Ostatni cel prowadził do adresu, pod który jeździł co piątek. Wyszłam tylko wynieść śmieci i przestawić samochód bliżej klatki,… En voir plus

– Nie wiem – odpowiedziałam uczciwie. – Jeszcze we mnie mieszka złość. I coś, co chyba jest dumą. I coś, co jest strachem, że to jest tylko przystanek do czegoś, o czym już kiedyś czytałam i czego wtedy nie uniosłam.

– Masz prawo – skinął. – Chcę, żeby piątek był nasz. Choćby w tym, że wiesz, gdzie jestem.

I tu właśnie zaczyna się miejsce, w którym historie najchętniej się rozdwajają. W jednej wersji pójdę z nim. Nauczę się oddychać w czyichś mieszkaniach, w których listy zakupów są jak modlitwy. W innej – zostanę w domu, nie pozwalając, by cokolwiek z nas “wyszło na miasto”. Jeszcze w innej – powiem “rób, co uważasz”, a potem zacznę odczuwać piątek jak skurcz.

W sobotę rano pojechaliśmy razem na bazar. Kupiliśmy jabłka. W jego kieszeni zadzwonił telefon. Zobaczyłam na ekranie “Miętowa”. Nie uciekł wzrokiem. Odszedł dwa kroki, powiedział: “Za tydzień. Dziś jestem z żoną.” Wracając, spytał:

– To jest zdrada? – powiedział to jak uczeń, który oddaje zeszyt i nie wie, czy dostanie tróję czy piątkę.

– Nie wiem – odpowiedziałam. – Ale wiem, że przez miesiące zachowywałeś się tak, jakbyś się jej wstydził. A to uczy mnie bardziej nieufności niż cokolwiek.

W domu wyjęłam z puszki rysunek Kuby. Postawiłam go na lodówce obok planu tygodnia i rachunku za prąd. Patrzyliśmy na te trzy rzeczy jak na trzy kolory tego samego życia: rachunek, plan, wdzięczność. Próbowałam policzyć, których jest najwięcej.

Nie mam zakończenia, które zamknie tę sprawę jak książkę, w której zakładka pasuje idealnie. Piątek i tak przyjdzie. Miętowa nie zniknie z mapy. Mój mąż wciąż bywa “potrzebny”, a ja wciąż potrzebuję jego. Może to są dwie proste, które się przetną. Może dwie równoległe, które nauczymy się nosić bez bólu. A może dwie drogi, na których co tydzień będziemy wybierać w nowy sposób.

Share This Article
Leave a comment