Mąż zostawił w aucie włączoną nawigację. Ostatni cel prowadził do adresu, pod który jeździł co piątek. Wyszłam tylko wynieść śmieci i przestawić samochód bliżej klatki,… En voir plus

Nie spektakularnie, bez teatralnego uniesienia ramion. Po prostu łzy, które odklejają się powoli i spadają, jakby musiały pokonać długą drogę. Siedział tak chwilę. Wytarł twarz rękawem. Włączył silnik. Odjechał.

Zostałam w miejscu. Palce drżały mi nie od zimna. Co ja właśnie zobaczyłam? Zdradę? Żal? Zasłonę dymną? Dobroć, której się wstydził? Otworzyłam drzwi klatki, do której wszedł. Na skrzynkach nazwiska, żadnego znajomego.

Na poręczy obity lakier. Pierwsze piętro – kartka “Proszę nie trzaskać”. Na drugim, koło dzwonków, mosiężna tabliczka, której nie zauważyłam w ciemnościach: “Hospicjum domowe – punkt wsparcia. Wizyty opiekunów: pon.-pt. 17:00-21:00”.

Usiadłam na pierwszym wolnym stopniu, jakby ktoś wepchnął mi tam ciało. Pani z parteru wyszła wyrzucić śmieci.

– Do kogo pani? – zapytała przyjaźnie.

– Pomyłka – odparłam odruchowo. – Kogoś pomyliłam.

Zeszłam. Wsiadłam do auta i wróciłam do domu. On już spał. Pachniał tym lekko medycznym zapachem, jak po kroplach do nosa. Przykryłam go kołdrą, która zsunęła mu się ze stóp. Na stoliku nocnym leżał notes.

Przesunęłam go na bok, żeby nie spadł. Zauważyłam urwane zdanie: “Piątek: pani H. – rak płuc / K.: alzheimer / kolejność leków: …”. Notes zamknęłam, jakbym właśnie wcisnęła w książce zakładkę z obcym imieniem.

Przez kolejne dni milczałam. Nie dlatego, że nie miałam pytań. Dlatego, że nie miałam pewności, czy chcę poznać wszystkie odpowiedzi. Sprawdzałam jego torbę – nie znalazłam nic “sensacyjnego”.

W kieszeni – kwitek z apteki, “płyn do jamy ustnej – dla pacjenta leżącego”. Na ekranie telefonu – wiadomość: “Dziękujemy za wczoraj. Mama zasnęła spokojnie.” Bez podpisu. Bez “Lubię cię”. Tylko ta prostota, która robi w sercu więcej bałaganu niż wielkie słowa.

Kiedy w końcu usiedliśmy do rozmowy, przysunęłam mu kubek z herbatą i zapytałam spokojnie:

– Co robisz na Miętowej, co piątek?

Pokręcił kubkiem, jakby mieszał nie herbatę, tylko czas.

– Wiem, że widziałaś – powiedział cicho. – Nie chciałem z tego robić tajemnicy. I zrobiłem.

– Hospicjum – wyrzuciłam z siebie. – Punkt wsparcia.

– Tak – skinął głową. – Jakiś czas temu kolega poprosił, żebym pomógł jego mamie. Potem ktoś poprosił o kolejne rzeczy. Wciągnęło mnie. Piątki to “ich” dzień, bo wtedy mają najmniej rodziny w odwiedzinach. Nie chcę cię w to mieszać. Nie chciałem, żebyś mnie ratowała z pytań, na które nie umiem odpowiadać po ludzku. – Wziął oddech. – Nie mam kochanki. Mam… coś, co zaczęło mi dawać sens.

– A ja? – zapytałam szybciej, niż pomyślałam. – Ja przestałam dawać sens?

– Nie – spojrzał mi w oczy. – To nie o “zamiast”. To o “oprócz”. Ale wiem… – urwał. – Wiem, że mówiąc ci to dopiero teraz, zrobiłem z tego zdradę. Może nie ciała. Może nie serca. Ale zaufania.

Słowa przechodziły przez pokój powoli jak światła samochodów za oknem. Żadne nie trafiło mnie jak kula. Wszystkie razem – tak.

– Ta kobieta w progu – dodałam po chwili. – Kim jest?

– Córka pani H. – odparł. – Czasem kupuję im zakupy. Albo naprawię półkę. I wychodzę. Tyle.

– A płakałeś w aucie, jak wychodziłeś – powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego.

– Bo czasem nie umiem inaczej – odpowiedział, bez obrony.

Potem opowiadał – o pierwszym przełamaniu wstydu, kiedy zamiast “co słychać?” usiadł i trzymał czyjąś dłoń; o listach zakupów, które przypominają poezję (“banany, kisiel, plastry na odciski”); o ludziach, którzy dziękują, bo ktoś przyszedł na dwie godziny. Słuchałam z mieszaniną czułości i złości. Nie o to, co robił. O to, jak robił to beze mnie.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – spytałam po raz drugi, już bez pretensji, bardziej jak krok po schodach.

– Bo bałem się, że pomylisz to z ucieczką od nas – odparł. – A ja chciałem do czegoś uciec. Nie od ciebie. Od poczucia, że żyję w Excelu i czajniku. Że rachunki to całe moje “ja”.

Czy to możliwe, że to jest właśnie ta druga twarz kryzysu wieku, o której nikt nie pisze? Nie motocykle, nie romanse, tylko ktoś, kto idzie do obcych ludzi i podaje im herbatę. Czy to zdrada? Nie wiem. Ale wiem, że cicho i systematycznie zamieszkała między nami – jak przyzwyczajenie.

Następny piątek znów przyszedł. W południe w skrzynce znalazłam małą kopertę bez znaczka. W środku – dziecięcy rysunek: dwie postacie z rękami patykami i wielkim sercem między nimi. Na dole: “Dziękuję panu P.” i krzywe literki “Kuba”. Podpisane: “Miętowa 14”. Rozkleiło mi to serce w miejscu, o które nie prosiłam.

A jednak wieczorem, tuż przed siedemnastą, zobaczyłam na ekranie jego telefonu krótką wiadomość: “Będziesz? Potrzebujemy.” Dziwne, jak jedno “potrzebujemy” potrafi być piękne i groźne jednocześnie.

Usiadłam na krześle, napisałam mu na kartce: “Jeśli tam idziesz, chcę iść z tobą. Albo przynajmniej wiedzieć, że idziesz. Nie chcę, żeby piątek był twoim sekretem”. Przyłożyłam kartkę magnesem do lodówki. Otworzyłam puszkę z herbatą, wsadziłam do środka rysunek Kuby, bo nie wiedziałam, co z nim zrobić.

Wrócił po dwudziestej pierwszej. Pachniał tym samym medycznym zapachem. Usiadł. Przeczytał kartkę. Podniósł wzrok.

– Pójdziesz ze mną w przyszłym tygodniu? – zapytał.

Następny

Share This Article
Leave a comment